Naga tenisistka, oporny ksiądz, martwy alpinista.

Radwańska nago zdobywa Broad Pick, a jej tragarzem jest ksiądz Lemański. Tak zdaniem mediów wygląda ostatni tydzień w Polsce. I chyba tak jest, bo pierwszy raz od dawna "tematy ogórkowe" są naprawdę ważne. Ostatnie dni upływają w Polsce pod znakiem dyskusji czy można promować Jezusa rozbierając się jednocześnie w magazynach dla panów i czy polski alpinizm to jeszcze sport czy już "rosyjska ruletka"? Trzeci zaś nurt to relacjonowanie "lajf" w mediach walki niejakiego ks. Lemańskiego z niejakim biskupem Hoserem. To jednak nie są typowe tematy "sezonu ogórkowego", chociaż mogłyby takimi się wydawać. Bo mówią bardzo dużo o współczesnych Polakach. Obraz z nich się wyłaniający pokazuje naród ryzykantów, który nie wie co wyznaje.

Żeby nie było wątpliwości: jestem przeciw wspieraniu akcji związanych z Jezusem Chrystusem przez rozbierające się w gazetach tenisistki i przeciw wspinaniu się za wszelką cenę na szczyty, na które można już wlecieć śmigłowcem. Ale za to jestem za księdzem co się biskupom nie kłaniał.

Radwańska nie wstydzi się J\ezusa

I chwilę później, Radwańska nie wstydzi się siebie samej
(Agnieszka Radwańska w sesji dla The Body Issue; fot. magazyn TBI)

Zacznę od tenisistki. Nie darzę Agnieszki Radwańskiej silną sympatią od chwili, gdy woda sodowa wyraźnie wbiła się w zwoje mózgowe "Isi". Radwańska nie była chyba gotowa psychicznie na to, co media fundują każdemu kogo biorą na warsztat. To znana sinusoida: "kochamy - ubóstwiamy - nie kochamy - nienawidzimy". Wykres emocji tenisistki wiódł od "wszyscy Polacy kochają Isię", po "skandaliczne zachowanie Radwańskiej wobec ekipy TVN". Osobie funkcjonującej na tym poziomie w światowych mediach (bo nie tylko krajowych przecież!), głupie fochy już nie przystoją. "Isia" w końcu zagubiła się w takim "niezrównoważeniu emocjonalno-medialnym. W efekcie najpierw postanowiła wszystkim opowiadać jak kocha Jezusa Chrystusa, aby potem bez oporu, zrobić sobie nagą sesję w magazynie sportowym.


Dyskusja jaka na ten temat wybuchła jest nawet zabawna. Brałem udział w jednej z takich forumowych rozmów na facebooku, gdzie padały teksty, że przecież Adam i Ewa byli na początku nadzy i to nie obrażało Boga (sic!).Sprawa Radwańskiej jest ważna, bo pokazuje, że polscy katolicy są kompletnie pogubieni. Miliony ludzi w tym kraju nie wie w co właściwie wierzy i jakie są tej wiary granice. Kościół katolicki nie
pozwala przecież na seks przedmałżeński, a ilu z was (to do nie-małżonków) tego przestrzega? "Isia" nie ma więc wbudowanego modułu z komunikatem: "Hej, gdyby Bóg chciałby, aby jego wyznawczynie rozbierały się publicznie, to chyba Maria chodziłaby w bikini". Dlatego nie dziwię się, że Stowarzyszenie organizujące akcję "Nie wstydzę się Jezusa" nie chce, by rozebrana Radwańska wspomagała wymowę tej akcji.
Lucas Cranach Starszy "Adam i Ewa", 1528, Galeria Uffizi, Florencja
Za to na całej linii jestem za księdzem Lemańskim, który nie kłania się biskupom, lecz swoim parafianom. To jakby pierwsze jaskółki lekcji dawanych naszemu klerowi przez papieża Franciszka. To właśnie wersja, która nie przechodzi przez gardło polskim hierarchom – zamiast willi i dobrej bryki, ciężka praca na parafii. Nie znam biskupa Hosera, może to fajny facet. Na pewno zarządza majątkiem, który – gdyby to policzyć komercyjnie – stawiałby Hosera w pierwszej 100 najbogatszych Polaków. I wygląda to właśnie bardzo komercyjnie. Szeregowy ksiądz się wyłamał, to się go ścięło z żywopłotem. Tak jakby szef regionu Biedronki zwalniał kierownika jednego ze sklepów bo zrobił za dużą promocję. Ale tu wpadka i niespodzianka, bo Lemański się nie złamał. I pokazał to samo co Radwańska – że Polacy nie wiedza w co wierzą. Bo gdyby wiedzieli, to by nie burzyli się i wiedzieli, że Hoser jest „szefem” w tym „biznesie” i ma prawo Lemańskiego usunąć. Ja zostaje tylko na okrzyku „Go – Leman – go!”.

ks. Wojciech Lemański (fot. Agencja Gazeta)
Przeczytaj felieton ks. Lemańskiego w GW

Stop, ludzie STOP! Wołam za to do alpinistów. To najtragiczniejszy temat tygodnia. Wiadomości i Fakty przekazywały wczoraj informację o odnalezieniu i pogrzebaniu ciał trójki polskich alpinistów, którzy zginęli ostatnio w Himalajach (śmierć ponieśli Artur Hajzer na Gasherbrumie oraz Tomek Kowalski i Maciej Berbeka na Broad Peaku). Tu też nie wytrzymałem i włączyłem się do dyskusji zainicjowanej przez Profesora Jerzego Jedlickiego, a nagłośnionej przez Tomasza Raczka. Prof. Jedlicki napisał (upraszczając), że odstręcza go szaleństwo w jakie popada polski alpinizm. Ja też to widzę. Ryzykowanie za wszelką cenę. Igranie na linii "chcę się zabić - nie chcę". W tej dziedzinie zagubiono już granicę pomiędzy romantycznym przekraczaniem granic człowieka, a kontrolowanym samobójstwem.
Jedlicki pisze: „Wedle moich pojęć jest coś nieetycznego w tym, gdy człowiek lekkomyślnie wystawia swoje życie na hazard. Nie dotyczy to oczywiście sytuacji, gdy ryzykuje swoje życie ratując lub osłaniając innych. […] Gra z niebezpieczeństwem, obok zapewne satysfakcji z własnej sprawności, zdaje się głównym motywem i gratyfikacją tego sportu. Nie chodzi wszak o to, żeby wejść na jakąś górę, tylko o to, żeby wejść na nią trudniejszą i bardziej niebezpieczną drogą  – to się wszak liczy w rywalizacji. A jak już zbraknie trudnych dróg, to zawsze jeszcze można wybrać wejście zimowe albo wejście bez asekuracji, czy bez tlenu. Jest w tym coś, co mnie odpycha”.

Broad Peak, góra-grobowiec

Ci ludzie dobrowolnie ryzykują. Giną dobrowolnie. Codziennie w setkach miejsc świata zupełnie niedobrowolnie giną setki ludzi. Kobiety gwałcone i zakopywane wokół meksykańskiego Juarez, zarzynani maczetami Pigmeje w Zairze, ludzie rażeni prądem w koreańskich obozach. A wielbiciele wspinaczki wstawiają głodne gadki o "przepięknym sporcie". Dla większości ludzi na tej pięknej ziemi "sportem" jest dożycie końca tygodnia, a nie zdobycie zamarzniętej kupy skał na jaką można wlecieć śmigłowcem. Ciekawe czemu wśród alpinistów jest tak mało ludzi z faweli w Rio, kartonowych ulic Soweto czy pokrytych brudem zaułków slumsów Bombaju??
Alpiniści. Wszystkie góry już zdobyto. Możecie już tylko ścigać się na ekstremalność wspinaczki, a to przyniesie kolejne trupy. Miewam wrażenie, że alpinizm wyczynowy jest obecnie równie sensowny jak wjeżdżanie rowerem na ostatnie piętro Pałacu Kultury. Można to zrobić tylko po co?

Chociaż normalne chodzenie po górach, wspinanie jest cudowne, polecam, zalecam. Nawet jeżeli jesteście tenisistką lub księdzem.

Obsługiwane przez usługę Blogger.