Wysadzić PKP w powietrze.

200 minut spóźnienia. Tyle udało mi się uzbierać na miażdżąco długim odcinku Toruń - Gdynia. W jedną stronę luksusowym "flagowcem" PKP TLK - 140 minut, w drugą dodatkowe 60 w PKP Regio. Obie główne polskie sieci kolejowe dały ciała w pokazowy sposób. Od dzisiaj jeżeli tylko życie mnie nie zmusi, nie wsiądę w pociąg jeżeli będzie alternatywa w postaci samochodu.

bohaterowie dramatu: Toruń Główny PKP
Związkowcy spokojnie wyją na ulicach Warszawy, blokują je przez 4 dni, a praca - jak wiadomo - nie zając, nie ucieknie.
Przyszło mi jakimś absurdalnym zbiegiem okoliczności do głowy, że na festiwal filmowy w Gdyni pojadę PKP. Argumenty stare i znane - "nie zmęczysz się za kierownicą, poczytasz w przedziale". Po raz kolejny dałem się na to nabrać. Moje obawy powinno wzbudzić już to, że Torunia i Trójmiasta nie łączy za dnia żaden pociąg bezpośredni (tylko nocne tranzyty).

Ale co tam. Do Bydgoszczy było gładko - typowe elektryczne "regio" z twardymi, wyświechtanymi siedzeniami, rzucające się na torach jak wózek z węglem w kopalni. Ani spać, ani czytać. No i dystans 55 km pokonuje w sprinterskim czasie 60 minut. Szybciej leci się samolotem do Warszawy.

Ale co tam! W Bydgoszczy ok, TLK Mieszko stoi na wskazanym peronie. Super. Wsiadam i rozsiadam się. Jakoś pusto, ale co tam. Peron się zgadza, tabliczka na pociągu "Wrocław - Gdynia" też, godzina odjazdu też. Tylko na tablicy widać napis "300 minut spóźnienia". Na minutę przed odjazdem jednak pytam "Czy to aby do Gdyni?". "Aby nie" - odpowiada uczynny kolejarz i mówi, że to "aby do Wrocławia". Ale "stoi na tym samym peronie co miał stać ten do Gdyni, bo się spóźnił 300 minut i ten do Gdyni wjedzie gdzie indziej, ale nie zdążyli o tym powiedzieć". Pobiłem rekord na setkę wybiegając z bagażami z pociągu. Powodem spóźniania miał być wypadek gdzieś na torach, pomiędzy Bydgoszczą, a Poznaniem. Co ciekawe, jedno opóźnienie w PKP staje się reakcją łańcuchową o czym nie wiedziałem...

bohaterowie dramatu: Bydgoszcz Główna
"Ten do Gdyni" wjechał na inny peron i od razu zamiast odjechać, zaczął stać i robić sobie opóźnienie. Stał więc 20 minut i dopiero ruszył. Już kilkanaście kilometrów dalej okazało się, że "tory są w remoncie". Konduktor powiadomił nas, że będziemy mieć 80 minut opóźnienia, bo mamy objazd. W Tczewie było już 120 minut. Do Gdyni dojechaliśmy 140 minut później. Spokojnie podarłem rezerwacje na filmy jakie zrobiłem sobie na popołudnie festiwalowe, bo dzięki PKP obejrzał je ktoś inny. Ale co tam!

Wyobrażacie sobie z jakim strachem szedłem kilka dni później na pociąg powrotny. Przebijając się przez setki emerytów, (czy Gdynia przyciąga emerytów? W tamtą stronę też były ich setki) dotarłem do przedziału. Do Bydgoszczy było cacy. Nawet 2 klasa to była 1-sza, tylko zdeklasowana na 2-gą, więc 6 miejsc w przedziale zamiast ośmiu. Ale zemsta była blisko.

bohaterowie dramatu: Gdynia Główna

Tym razem na wysokości zadania stanął Regio. Jeszcze brzydszy i z cuchnącą toaletą. Ale co tam! Księżniczką nie jestem. Obecność dwóch bezdomnych i wariata, który biegał po wagonie krzycząc, że uciekł ze szpitala bo mu chcą uciąć nogę i goni go policja nie ułatwiała spania, ani czytania. Ale co tam! Po przejechaniu 20 z 55 km pociąg stanął na stacji w Solcu Kujawskim. Do przedziału weszła miła pani konduktor i oznajmiła, że "będziemy teraz stali 30 minut, bo jeden tor jest zamknięty i musimy przepuścić pośpieszne". W czasie II wojny tak trzeba było przepuszczać pociągi z wojskiem, czyli tradycja nie ginie - pomyślałem. Pociąg czekał nieco dłużej, 45 minut. Potem zdążył na ostatnich 35 kilometrach zrobić dodatkowe 15 minut spóźnienia. Pewnie kolejarze sprawdzali czy komuś z pośpiesznego coś nie wypadło. Bo jakby wypadło, to by zawrócili i oddali.

Udało mi się w końcu dotrzeć do Torunia. Jestem jednak zdecydowanie wyleczony ze współpracy z PKP.
"Odpoczniesz, poczytasz"...
Obsługiwane przez usługę Blogger.