Wtórnik vol.2: Doroczna powódź.

Witam i zapraszam na "Wtórnik" czyli Wtorkowe Uwagi na Marginesie. 

Skoro tylko politycy zaczynają biegać w kurtkach przeciwdeszczowych i krzyczą: „na wały rodacy!”, to znaczy, że idzie powódź. Są jak jaskółki przed deszczem, tyle że jaskółki są sympatyczne. Jak tylko gdzieś zabulgocze woda i zaleje metr kwadratowy łąki całe tabuny tego dziadostwa zbierają się na wałach. Czasami się zastanawiam czy nie powinni mieć zakazu, bo od ciężaru takiego stada wał mógłby się rozjechać.

To element nowej tradycji, która zrodziła się na naszych oczach. To DOROCZNA POWÓDŹ.

 Fenomen ten łączy w sobie zjawiska naturalne, nadnaturalnie naturalne oraz naturalnie nienaturalne.
To że pada, a jak pada to jest więcej wody, a jak jest więcej wody to płynąc rzekami może się z nich wylewać – jest naturalne. Generalnie woda, gdy jest jej więcej to się wylewa (nie za kołnierz lecz wszędzie i właśnie tym różni się od wódki).

Scenariusz dorocznej powodzi jest taki. Pewnego dnia na ekranie wiadomości pojawia się reporter, skupiony jakby właśnie uratował Papieża z zamachu. Z poważną miną mówi znad brzegu dowolnej rzeki, że pada. Następnie pokazuje, że pada. Prowadzący newsy potwierdza, że widzi że pada i dodaje że to znaczy, że pada. A to znaczy, że jest źle i będzie gorzej, co tak naprawdę niezmiernie go cieszy. Potem w pogodzie mówią, że pada i że będzie powódź, a w sporcie mówią że z powodu deszczu odwołali jakiś mecz i że teraz będą mistrzostwa w pływaniu. Przez kilka następnych dni w TV pada, a jak nie daj boże przestanie, to mówią, że znowu zacznie.

Kiedy ku ich radości Wisła jednak wylewa, natychmiast pojawiają się wspomniani politycy. Opozycja natychmiast oskarża rząd o doprowadzenie do powodzi (gdy rząd przejdzie do opozycji, natychmiast oskarży byłą opozycję o doprowadzenie do powodzi). Naturalnym elementem dorocznej powodzi są rytualne konferencje prasowe i zebrania sztabów kryzysowych, odbywające się w tym samym czasie i w tych samych miejscach. Właściwie ekipy telewizyjne powinny raz sobie nagrać taką „setkę” do relacji i powtarzać co roku, bo niewiele się zmienia.

Potem „stałe fragmenty gry”. Mamy murowaną „obronę Sandomierza”, który tak naprawdę stoi na wysokim, urwistym brzegu i Wisła musiałaby zalać pół kraju by dotrzeć na sandomierski rynek (poza tym od wody chroni go Ojciec Mateusz, który jest ubezpieczony w SKOK). Następnie Wisła rytualnie zalewa Wilków. Nie wiem co to, ani gdzie to, ale wiem, że jest nieustannie zalany o tej porze roku. Nawet kilka dni temu widziałem w TV babulinkę spod Sandomierza, która z satysfakcja mówiła „nas to nie zalejom, ale wszystkie woda na Wilków pójdzie”.

W telewizji pojawiają się setki reporterów, szukających wzdłuż brzegu rzek choćby jednego dzielnego strażaka, koniecznie w zestawie z „pokrzywdzoną babulinką” i „chwackim bohaterem tegorocznej powodzi” (wystarczy, że uratuje kurę, która wpadła na podwórku do koryta z wodą). Śmigłowiec pewnej stacji TV szuka każdej kałuży, by tylko odpowiednio dramatycznie relacjonować powódź. Podnieceni jak w późnej fazie stosunku dziennikarze prześcigają się z relacjonowaniem jak jest nadnaturalnie źle. To naturalnie jest nienaturalne, ale chwyta.

Politycy w kurtkach przeciwdeszczowych na wałach przerzucają się obietnicami czego to nie zrobią dla powodzian. Czekam chwilami, aż zaproponują, że własnym tyłkiem uzupełnią dziury w wale. Dla większości z nich byłoby to najlepsze zastosowanie.

No i potem nadchodzi kryzysowy moment dla wszystkich. Fala powodziowa przechodzi i trzeba szukać czegoś nowego. Ale to już inna tradycja.


PS: żarty żartami, ale prawdziwym powodzianom głęboko współczuję
Obsługiwane przez usługę Blogger.