2015 czyli udajemy że coś zmienimy

Ile razy podejmowaliście "noworoczne zobowiązania"? Ile razy wytrwaliście nich dłużej niż tydzień? Do pierwszej awantury w pracy, stresu na uczelni czy w szkole, do pierwszej chamskiej ekspedientki, urzędnika czy kierowcy autobusu, kiedy to dla uspokojenia trzeba zapalić/wziąć tabletkę/strzelić piwko* (niepotrzebne skreślić) i powiedzieć "a pie..rzę to, ja oni mnie, tak ja im!"? Rzucacie marzenia o byciu dobrym człowiekiem, aniołem światowej społeczności, wszech-abstynentem tak idealnym jak wzorzec metra w Sevres. Postanawiacie znowu wziąć do ręki kij, jak nasi pra-neandertalsko-austalipitekowi przodkowie i wyrąbywać sobie ścieżkę przez dżunglę codzienności. Problem leży w tym, że inni także porzucają swoje zobowiązania i wyciągają odłożone na chwile kije. Dlatego jest nam tak trudno normalnie żyć.
Ja zobowiązałem się, że w tym roku na moment odłożę kij i ponad wirującymi kijami innych spróbuję zobaczyć jakąś nadrzędną drogę, którą moglibyśmy iść razem. Wytrwałem już jeden dzień w tym postanowieniu! Może dlatego, że dziś nie wychodziłem z domu...
Ale nie martwcie się! Dzisiaj pełni mocy (jeżeli już zwalczyliście poalkoholową "niemoc") będziecie wierzyć w "NOWE", które stoi przed Wami. A za 364 dni podejmiemy wspólnie, po raz kolejny, bezwarunkowe, bezapelacyjne, jednoznaczne "zobowiązania noworoczne".
W końcu to taka fajna, niezobowiązująca zabawa ze sobą i światem...

PS: na rozchmurzenie kilka obrazków noworocznych narysowanych dobrych kilka Nowych Roków temu







Obsługiwane przez usługę Blogger.