Nic się nie stało, czyli jak zrozumiałem, że jest OK

(fot. Jay Mantri, Death-to-stock) 
Ten wpis narodził się z dyskusji pod postem na moim Facebooku. Podzieliłem się myślą, która chodzi mi po głowie od początku stycznia i staje się powoli pewnością. Wywołało to lawinę wpisów i emocji. Często mocno przeciwstawnych. No to poczytajcie, może was też ruszą te przemyślenia.

***


Zastanawiam się nad obecną sytuacją w Polsce (ale i w USA) i coraz bardziej wydaje mi się, że nic specjalnego się nie dzieje. Po prostu zmiana warty.

Po kilku latach dominacji (bliskiej mi) ideologii "lewicowej" (upraszczając: rowery, lemingi, weganie), nadszedł czas dominacji ideologii prawicowej (upraszczając: samochody, kibole, schabowe).

I właściwie co się takiego stało? Kierunki polityczne zostały przecież już jakiś czas temu wyprane z sensu. "Prawicowy" absolutnie nie jest dziś równoznaczny z "prawy" (w sensie "prawy człowiek"). To ktoś, kto "prawy" jest jedynie dla swoich, zaś reszta jest dla niego wrogim czynnikiem. Toleruje ciebie, ale pod warunkiem że jesteś taki jak on. Jego wiara-nadzieja-miłość jest na pokaz i nie ma rzeczy, do których by się nie posunął byleby ustanowić swoje zdanie.

Lewicowy zaś, nie znaczy dziś prawie nic. Po dziejowej kompromitacji komunizmu, próby przekonywania, że byłby lekarstwem na dzisiejsze problemy są żałosne. A do tego jestem pewien, że ideowy lewicowiec, gdyby tylko przejął władzę w kraju musiałby zapomnieć o 90% swoich założeń. Bo nie można być lewicowcem ideowym, zachowywać swoje zasady wdrażając je w życie, a jednocześnie normalnie zarządzać współczesnym państwem w Unii Europejskiej. Bez wprowadzenia komunizmu siłą, to nie jest możliwe. Wniosek - lewicowość to strata czasu.

Generalnie, dzisiaj "prawicowy" oznacza to samo co "lewicowy", tylko o 180 stopni odwrotnie (i odwrotnie). Nic więcej, nic mniej.

Nie ma się więc czym podniecać. Po kilku latach ci, co teraz przyszli odejdą i wrócą tamci. I znowu tysiące "ludzi słusznej partii" będzie z oślinionymi pyskami i wyciągniętymi pazurami rzucać się na publiczne stanowiska, nie mając do ich obejmowania żadnych kompetencji.

Ja mam ten problem, że całe życie martwię się czy aby mam odpowiednie kompetencje do tego czy tamtego, a tymczasem widzę, że kompletni kretyni i postaci o kompetencjach przetykacza do kibla obejmują (i obejmowały za poprzednich władz) stanowiska gdzie pensja 20-30 tys. jest normą.

Nie ma też opcji na nadzieję. Ci, którzy ubierają się w strój bojowników z reżimem, okazują się być małymi kombinatorami lub... no kimś tam.

Coraz bardziej widzę też, że najwięcej płacą z naiwne wspieranie swoich przekonań ludzie tacy jak ja. Niezwiązani politycznie, bez "pleców", bez cichych powiązań typu "ty mi placyk pod markecik w dzierżawę a ja tobie tysiączek na kampanię", albo bez wsparcia z parafii.

Dlatego zaczynam mieć bardzo głęboko to co się dzieje. Nie znajduję ludzi (z nielicznymi wyjątkami), opcji, orientacji wartych oddania serca. Chociaż nie! Warto dać siebie WOŚP, Caritas Polska, Polska Akcja Humanitarna (PAH), i innym takim osłom, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi mówią, że człowiek to brzmi dumnie.


Obsługiwane przez usługę Blogger.