Kino “superbohaterskie” jest jak disco-polo. Klub Zasadniczo Dyskusyjny #12

Obraz
Kino “superbohaterskie” jest jak disco-polo. Szkodzi swojej dziedzinie sztuki. Jedno filmowi, drugie muzyce. Dlatego podczas najbliższego Klubu Zasadniczo Dyskusyjnego, na którym podyskutujemy pod hasłem "kino dokumentalne vs. blockbustery", nie zamierzam być delikatny. Jeżeli ktoś wkurzy się, tym o co napisałem poniżej, zapraszam na Klub, 19 maja do Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy. Chętnie podyskutuję.

3 lata spóźnienia.

Tak, recenzja pisana z trzyletnim opóźnieniem nie jest może spojrzeniem najnowszym, ale może być za spojrzeniem na świeżo. Paradoks? Nie. Jestem bowiem świeżo po lekturze wydanej trzy lata temu książki Radka Rzeszotka, Jacka Kiełpińskiego i Adama Luksa „W pogoni za Litwą”. Podtytuł „sześćset lat po Grunwaldzie” mówi wszystko. Lub prawie wszystko.

Herb Litwy - Pogoń
Przeczytałem książkę ciekawą, z wartką akcją i  wyrazistymi bohaterami, mimo że nie jest powieścią, ale reportażem.

Gdy w warszawskim Trafficu zobaczyłem tę książkę kupiłem ją bez wahania. Autorzy są obecnymi lub byłymi dziennikarzami toruńskiego dziennika Nowości, znam ich osobiście i ciekawość mnie zżerała, co tam napisali.
O czym mówi książka najlepiej powiedzą sami autorzy: „Plan był taki: rozmawiamy z tymi którzy na Litwie sześćset lat po Grunwaldzie najwięcej znaczą, z tymi którzy są po prostu wyraziści i z tymi anonimowymi, którzy rozsławiają ten niewielki kraj” – czytamy we wstępie.

Autorzy ustalili sobie pewne ramy czasowe – wszystkie wytwiady i reportaże przygotują w miesiąc. Udało im się faktycznie rozmawiać z najciekawszymi artystami, historykami, dyplomatami, politykami, dziennikarzami. Nawet z panem premierem i panią prezydent Litwy.


Największym atutem tej książki, jest odkrywanie tego co mamy na wyciągnięcie ręki. jest przecież takie powiedzonko „pod latarnią zawsze najciemniej”. I tak jest z Litwą, która mamy obok „pod latarnią”, a wiemy o niej nieporównywalnie mniej niż o chociażby Czechach.

Wilno "by wieczór"
Książka Radka, Jacka i Adama jak burza przetacza się przez litewską historię i teraźniejszość. Jesteśmy w gabinecie prezydent Litwy, ale też u ludowego rzeźbiarza, który stworzył muzeum "Chrystusów frasobliwych" czy twórców potęgi litewskiego… lasera (mało kto wie, że Litwini produkują najlepsze lasery). W krótkich, dziennikarskich tekstach budujących książkę, cały czas przewija się temat Grunwaldu – (po litewsku "Żalgiris"). Autorzy zadają pytanie, jak to jest, że 600 lat temu (książka wyszła w roku
2010) Litwini i Polacy, pod wodzą dwóch Litwinów – Jagiełły i Witolda, mogli wspólnie pokonać potęgę armii zakonu Krzyżackiego, a dzisiaj Polskę i Litwę łączą jak najgorsze stosunki międzynarodowe?


Wilno widziane "polskimi oczami"
Z żadnym z sąsiadów (Białorusi nie biore pod uwagę, bo to „inna liga”), nie mamy tak złych układów jak z Litwą, gdzie mieszka, aż 200 tysięcy Polaków! W stosunku do ludności Litwy (3,5 mln) to prawie 10% populacji. W Polsce mieszka 20.000 Litwinów, co procentowo daje ledwie "promil statystyczny".



Z książki nie wynika dlaczego jest tak źle skoro powinno być dobrze. To dla mnie największy minus tej publikacji. ale podejrzewam, że rasowi dziennikarze - jakimi są autorzy - stosują zasadę, że od wniosków są filozofowie, a dziennikarz ma po prostu pytać. Najwięcej zbliżających do prawdy odpowiedzi pada chyba z ust dyplomatów i polityków. A właściwie nie pada – trzeba przeczytać pomiędzy wierszami to, co politycy przekazują bez słów. Powtarzają się te same od 100 lat fobie: "zagarnęliście nam Wilno w 1920 roku”, "Żeligowski to był cios w plecy”, "Polacy na Litwie to nie są prawdziwi Polacy, ale spolonizowani Litwini”, "chcecie nam zabrać Wilno nawet dziś". I mnóstwo innych strachów lęków, problemów jakie zachwaszczają nasze relacje.

Niestety, my jako naród w porównaniu z litewskim – ogromny, traktujemy litewskie lęki jak dziwne fobie, a tymczasem dla nich są one sprawą fundamentalną. Po lekturze „W pogoni za Litwą” upewniłem się, że dla nich niektóre sprawy są kwestią "być albo nie być". Małe narody w zglobalizowanym świecie wciąż balansują na krawędzi istnienia. Czasami wyznacznikiem ich istnienia jest język narodowy. Tak jest z litewskim, którym mówi na świecie ledwie 4 mln ludzi. I tu pojawiamy się my, walczący o prawo pisania nazwisk i nauki w szkołach po polsku. Dla nas to tylko kilkaset tysięcy osób, dla Litwinów to prawie 10% obywateli, którzy nie będą używać narodowego języka. Te same problemy okiem olbrzyma i liliputa wyglądają zupełnie inaczej. Jedno jest pewne – po lekturze książki nabrałem chęci na wyjazd na Litwę. Zobaczyć wydmy Mierzei Kurońskiej, wpaść do najlepszego spa w Europie, zanurzyć w jednym z 20 luksusowych hoteli w Drukiennikach.



Po tej książce Litwa przestaje być dla nas "dodatkiem do Wilna", ale zyskuje samodzielny byt. Dlatego każdy Polak chcący zrozumieć naszego sąsiada i udać się w "pogoń za Litwą", winien tę książkę przeczytać.

Popularne posty z tego bloga

"Jej dziura chce kocura, co w pi**e jej pohula" Czyli jak dostałem propozycję współpracy

Estetyczna kastracja - to plan dla uczniów polskich szkół na najbliższe lata