Kino “superbohaterskie” jest jak disco-polo. Klub Zasadniczo Dyskusyjny #12

Obraz
Kino “superbohaterskie” jest jak disco-polo. Szkodzi swojej dziedzinie sztuki. Jedno filmowi, drugie muzyce. Dlatego podczas najbliższego Klubu Zasadniczo Dyskusyjnego, na którym podyskutujemy pod hasłem "kino dokumentalne vs. blockbustery", nie zamierzam być delikatny. Jeżeli ktoś wkurzy się, tym o co napisałem poniżej, zapraszam na Klub, 19 maja do Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy. Chętnie podyskutuję.

Partnerstwo prywatno-publiczne w kulturze. Skok w szarą strefę czy panaceum?

Dzisiaj będzie o koncepcji ważnej dla naszych kieszeni. Chodzi o ideę partnerstwa prywatno - publicznego w sferze kultury. Może wydawać się mało istotna dla naszej codzienności, ale to złudzenie. Wprowadzanie w życie PPP wiąże się bowiem oddaniem konkretnych kilku milionów złotych z naszych podatków, pod zarządzanie prywatnej fundacji lub stowarzyszeniu. I to niemal bez kontroli.

Kto uważa, że gospodarka to tylko fabryki i firmy, eksport-import, ten się myli. Kultura to także gospodarka. Dziesiątki tysięcy zatrudnionych, setki budynków, dziesiątki (bez)cennych zbiorów wartych miliardy złotych.


Wzorem PPP w gospodarce, rodzą się pomysły wprowadzania go w kulturze. Problem w tym, że "partnerzy" prywatni chcą, by partnerstwo było jednostronne (sic!). Najlepiej, by polegało na tym, że oni spijają śmietankę i błyszczą przed kamerami, a strona publiczna ładuje w projekt miliony złotych. Bez dokładnego przemyślenia wzajemnych relacji stron PPP w "gospodarce kulturalnej" grozić może powstanie "bardzo szarej" strefy.

JEDNA LINIJKA
PPP samo w sobie nie jest złe. Nie wplątując się w gąszcz prawnych terminów, z grubsza oznacza oddanie pewnych czynności – jak produkcja, budowanie, pełnienie usług – firmie prywatnej lub organizacji pozarządowej przez instytucję publiczną. Niestety, w Polsce mało kto zna zasady owego partnerstwa. Istnieją oczywiście rządowe regulacje – jak potężny dokument regulujący jego zasady, wydany przez Urząd Zamówień Publicznych.  Czytamy tam, że „cechą współczesnego systemu zarządzania publicznego jest przekazywanie przez administrację zarówno państwową, jak i samorządową, funkcji o charakterze publicznym podmiotom prywatnym”. O kulturze jest tam...
dokładnie jedna linijka! Na 160 stron.

Partnerstwo generalnie dotyczy „realizacji inwestycji infrastrukturalnych”, jak autostrady, biurowce, stadiony. Nie ma w przepisach uwarunkowań dotyczących konkretnie partnerstwa w sferze kultury. A co to znaczy? Że próbując wdrożyć owóż partnerstwo w realia kultury i dziedzictwa narodowego, można dowolnie interpretować to, co jest napisane. Interpretacja ma to do siebie, że jest subiektywnym spojrzeniem na źródło. Każdy inaczej odbiera wiersz i może sobie samodzielnie wymyślić „co poeta miał na myśli”. 

JAK TO UPORZĄDKOWAĆ, BY LUDZIE NIE STRACILI?
Jest jednak coś, co uporządkować kulturalne partnerstwo instytucji publicznych kultury i prywatnych podmiotów. To są umowy i podział ryzyk. Z umowami nie ma żartów. Strona publiczna odpowiada za pieniądze każdego z nas, kto płaci podatki w swoim mieście czy gminie. Jeżeli więc wchodzi w układ z prywatnym czy pozarządowym partnerem, moim zdaniem, będzie musiała zobowiązać go taką umową, która zabezpieczy interesy płacących podatki. W końcu realnie oddajemy prywatnemu partnerowi zarządzanie naszymi pieniędzmi.

I druga sprawa, dla mnie najważniejsza – podział ryzyk. Byłoby katastrofą takie rozwiązanie, w którym partner prywatny tylko realizuje swoje pomysły za publiczne środki. Partner prywatny MUSI też solidarnie ponosić finansowe i prawne ryzyko za wspólne działania. To jest klucz, bo uczciwe „partnerstwo” istnieje tylko wtedy gdy obie strony ryzykują i są gotowe do płacenia długów gdy sprawa się nie uda. W końcu na tym polega pojęcie „partner”. Sytuacja, w której klęskę opłaca jedna strona, a druga odskakuje na z góry upatrzone pozycje mówiąc „to nie my!”, nie byłaby partnerstwem tylko manipulacją.

Po co o tym wszystkim piszę? Idą wybory parlamentarne. Niektóre z kandydujących partii przygotowują konkretne programy kulturalne dla Polski. Znajdują się w nich zapisy o partnerstwie prywatno – publicznym. Jeżeli uda się je przeforsować, będą aktualne w każdym miejscu w kraju. W miejskich teatrach, muzeach, centrach kultury, wiejskich skansenach i narodowych centrach sztuki współczesnej.  

Jeżeli wejdą w życie bez bardzo dokładnych zasad dotyczących także sfery kultury, będziemy mieli Dziki Zachód zamiast uporządkowanej Szwajcarii. I jest to ważne dla każdego z nas. W końcu z naszych podatków – twoich, twoich i twoich – tworzy się milionowe budżety instytucji kulturalnych. 

Trzeba wiedzieć z kim i jak będą one dzielone.


felieton ukazał się w Gazecie Pomorskiej, 28 sierpnia 2015

Popularne posty z tego bloga

"Jej dziura chce kocura, co w pi**e jej pohula" Czyli jak dostałem propozycję współpracy

Estetyczna kastracja - to plan dla uczniów polskich szkół na najbliższe lata