Nie nasze matki, nie nasi ojcowie

czerwca 26, 2013
Obejrzałem "Nasze matki, nasi ojcowie". Nie kłamie się publicznie, bo to nieładnie. A tak zrobili nasi sąsiedzi Niemcy. Dlatego udostępniłem na facebooku poniższy mem. Uważam bowiem, że po prostu pewnych rzeczy się nie robi.


Film jest obecnie jedną z trzech największych potęg świata (film-muzyka-gry), rządzących już nie milionami, ale miliardami umysłów. Dlatego siła rażenia filmu czy serialu jest porażająca. Tym większa, jeżeli serial kupują telewizje z 60 krajów. Dlatego obejrzałem z uwagą serial "Nasze matki, nasi ojcowie", zrobiony przez niemiecka telewizję publiczną ZDF. W trakcie szarpały mną różne uczucia. Pierwsze - że rzadko zdarza się niemiecki film tak uczciwie pokazujący, że Niemcy zabijali w czasie II WŚ i jak to robili. Ale gdy doszło do scen z polską Armią Krajową, zamarłem. Polacy w tym serialu to albo chłopi błyskawicznie denuncjujący Żydów albo polscy partyzanci z Armii Krajowej zionący antysemityzmem. Innych nas tam nie ma. Z takim obrazem się nie zgadzam. Ale jeszcze bardziej nie zgadzam się z tym, by pouczał nas naród, który bydlęcymi wagonami wywoził setki tysięcy Żydów do wychłodzonych betonowych bunkrów, gdzie dusił ich gazem na karaluchy, a potem wrzucał do nagrzanych pieców, by nie zostały ślady po trupach.


Polacy i Żydzi mieli i mają wiele rachunków krzywd do rozliczenia. Żyliśmy przecież w jednym kraju 800 lat, a nie byliśmy tacy święci jak to się mówi. Jedwabne i Kielce musimy rozliczyć. Ale to dopiero Niemcy - nie mityczni "naziści" czy "hitlerowcy", ale Niemcy - załatwili sprawę "na czysto" i pozbawili nas 3 milionów współobywateli. Gdy ktoś zgwałci żonę sąsiada, to nie powinien iść do niego i pouczać go, że krzyczy na swoje dzieci, tylko winien zamknąć gębę.

Aby nie budzić zbędnych emocji, wolę sięgnąć do słów mądrego człowieka, gościa po-filmowej dyskusji na antenie TVP, byłego żołnierza AK. Powiedział on "jeżeli ktoś mnie zapyta czy w AK byli antysemici, powiem TAK, ale gdy ktoś zapyta czy AK była antysemicką organizacją - powiem NIE". I to jest ta malutka różnica. To nie polska AK organizowała i zawiadywała Treblinką, Sobiborem i Majdankiem, ale niemiecka SS.

Gdy pracowałem w Lublinie, zlokalizowałem budynek w którym w 1942 mieściło się kierownictwo "Akcji Reinhard" zajmujące się ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej, akcji zagłady Żydów w Generalnym Gubernatorstwie i regionie białostockim.

Collegium Iuridicum, Lublin, w 1942-44 centrala "Einsatz Reinhard"
(fot. Wikipedia)
Piękny wielki budynek jednej z lubelskich szkół wyższych. Przychodziłem tam czasami by popatrzeć. pomyśleć co chodziło w 1942, 1943 roku po głowach urzędników państwowych jakimi byli szefowie "Einsatz Reinhard" gdy kierowali 2.000.000 ludzi do gazu i krematoriów. Jak to się robi? Tak jak faktury za materiały biurowe? Zamawiam 100 kopert i 20 ryz papieru do drukarki. A ja zamawiam 100 bydlęcych wagonów i 20 tysięcy ludzi do zagazowania. Czy gdy się ma taki "bagaż", wolno kręcić filmy oceniające sąsiedni naród?
Lubelskie getto w 1941, ulica Szeroka dziś już nieistniejąca, jak cała żydowska dzielnica obejmująca 30% powierzchni przedwojennego Lublina (źródło Teatr NN)
Znam wielu Niemców, sam chętnie zamieszkałbym dzisiaj w Berlinie, gdybym wyprowadzał się z Torunia. Niemcy kręcą świetne filmy, są o wiele lat przed nami w sprawie wielu rozwiązań rozliczających przeszłość, czy tolerancji dla mniejszości (3 mln Turków robi swoje). Nie chcę i nie mam prawa ich obciążać tym co robili "ojcowie i matki". Minęło 70 lat, współistniejemy, jesteśmy we wspólnych sojuszach. Nawet nasza wigilijna choinka przyszła do nas właśnie od Niemców. Dlatego nie chcę z moimi niemieckimi znajomymi żreć się za serial, który niepotrzebnie kłamie. Niepotrzebnie, bo co by zmieniło opuszczenie tych scen z AK? Zezwierzęcenie w ciągu pięć lat trwającego największego mordu w historii świata jakim była II wojna dotknęło i Niemców i Polaków. Ale też Ukraińców (Wołyń), Litwinów, Łotyszy, Rosjan, Austriaków (Hitler - rodowity Austriak), Francuzów, Brytyjczyków, Amerykanów, Japończyków etc, etc... Niepotrzebne, boleśnie zbędne, szkodliwe dla dalszej rozmowy narodów.

Chłopak z getta żydowskiego w Lublinie, 1941 lub 1942. Fotka autorstwa lokalnego SS-mana. Rodzi się pytanie czyj "ojciec lub matka" zabili tego chłopaka? Zamordowali za kształt nosa? (źródło Teatr NN)
Powiecie "to tylko serial". Tak, ale gdyby on był emitowany w Niemczech i Polsce to pół biedy. Ale on został sprzedany do 60 krajów świata! I to jest problem, bo w Tajlandi czy Kanadzie nie będzie po emisji serialu dyskusji z żołnierzami AK. Zostanie obraz Polaków mówiących "Śmierdzisz, śmierdzisz, a tak śmierdzą tylko Żydzi" (cytat z pamięci). Nie starczy miliona Bartoszewskich i Edelmanów (Jehowo świeć nad jego duszą) by to odwrócić.
Chłopak z getta żydowskiego w Lublinie, 1941 lub 1942.
Fotka autorstwa lokalnego SS-mana. (źródło Teatr NN)
I na koniec. W warstwie czysto merytorycznej serial jest bardzo przeciętny. Wydumane osi scenariuszowe są przewidywalne do bólu. Najbardziej rozbawiła mnie sytuacja, gdy jeden z głównych bohaterów zostaje trafiony kulą - przeszywa ona na wylot okolice serca. Ale moc mitycznej Germanii powoduje, że nie tylko przeżywa, ale po (?) tygodniu w szpitalu frontowym - nie dysponującym bynajmniej tomografami i USG -  wychodzi trzymając jedynie ręke na temblaku oraz usłużnie niosąc walizki swojej koleżanki.
Zawsze szarmanccy nasi sąsiedzi.

TNN-tu najlepiej w Polsce się ratuje się dziedzictwo Żydów polskich

linki o tej sprawie:
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/nasze-matki-nasi-ojcowie-serial-obrazajacy-zolnierzy-ak-w-niemieckiej-prokuraturze_332868.html
http://swiat.newsweek.pl/-nasze-matki--nasi-ojcowie---niemieccy-historycy-przyznaja-racje-polskim,105610,1,1.html
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/burza-po-emisji-serialu-nasze-matki-nasi-ojcowie,1,5544851,wiadomosc.html
http://film.onet.pl/wiadomosci/nasze-matki-nasi-ojcowie-polacy-z-niemiec-chca-poz,1,5548580,wiadomosc.html
http://www.rp.pl/artykul/187856.html
http://natemat.pl/65853,pawel-kukiz-obejrzal-serial-nasze-matki-nasi-ojcowie-teraz-przekonuje-ze-hitler-byl-polakiem

Draże barykadują drzwi do Torunia.

czerwca 21, 2013
Wicemarszałek Sejmu z SLD Jerzy Wenderlich obiecał zostać mediatorem, prawnicy nawoływali publicznie do blokowania budynku, a paneliści narzekali ile wlezie na Urząd Miasta Torunia i otwarcie wołali o referendum odwołujące Michała Zaleskiego. Autopromocja szalała, a chwilami najmniej było w tej dyskusji przyczyny spotkania - problemu zamknięcia Cafe Draże. Miejsca, które powinno pozostać na Starym Mieście, bo dobrze służy toruńskiej kulturze.

paneliści "w obronie Draży": Katarzyna Toczko-Drewnowska z CSW, Paweł Kołacz z PZR, Joanna Scheuring-Wielgus z WinWin, Joanna Kombi Jankowska ze Sztuka Cię Szuka
To wnioski z panelu dyskusyjnego jaki odbył się w czwartek, 20 czerwca w klubie Cafe Draże na toruńskim Starym Mieście. Draże są od kilku dnia na ustach wszystkich środowisk niezależnych i kontrkulturowych w Toruniu. Klub ma być bowiem zamknięty, dokładnie za tydzień 27 czerwca. Okazało się bowiem, że fundacja, od której podnajmował budynek upadła, a Urząd Miasta chce obiekt sprzedać. Sytuacja z wygasającą umową najmu jest bardzo skomplikowana, dlatego nie podejmę się jej streszczać, konkretniej przeczytacie tutaj.

Co nowego wniosła dzisiejsza dyskusja? Niewiele. Wszyscy wiedzieli, że Draże nie oddadzą "skóry" łatwo. Nie dziwią więc informacje o tym, że 27-ego likwidatora który przyjdzie odebrać budynek powita blokada i tłum ludzi. Do takiego rozwiązania - ku zaskoczeniu wielu - nawoływali nawet obecni na spotkaniu prawnicy (swój zawód sami podkreślali).



Każdy rozsądny człowiek, chociaż trochę orientujący się w kulturze wie, że kluby o profilu takim jak Draże są obecne w każdym szanującym się, rozwiniętym mieście europejskim. Draże stawiają na kontrkulturę, praktykują sprzedaż produktów fair trade, dyskutują po mniejszościach narodowych, wyznaniowych i seksualnych. Pokazują filmy i robią koncerty. Właściwie klub jest niezależnym domem kultury. Czyli jest tak, jak w Berlinie, Londynie czy  Paryżu. Powód do dumy, nie wstydu.

Tymczasem dyskusja pod wiele mówiącym tytułem "Kulturalne zawracanie Wisły" momentami przypominała zawracanie głowy. Przynajmniej umiejętnościami autopromocji. Kilka zdań wartych jest jednak przytoczenia. Paweł Kołacz z Pracowni Zrównoważonego Rozwoju mówił o tym, kto właściwie zarządza kulturą w toruńskim urzędzie miejskim: "Trzy lata temu prezydent odebrał wszelkie uprawnienia w tej kwestii wiceprezydentom i dzisiaj on samodzielnie odpowiada za kulturę" - mówił. Powróciła sprawa oddania toruńskiej kurii biskupiej Kościoła Katolickiego za symboliczne 15.000 zł całej kamienicy na środku Starego Miasta. Pytano czemu działania środowisk niezależnych są w Toruniu tak nieskuteczne? Joanna Wielgus z Fundacji WinWin mówiła: "Środowiska wiele razy mówiły wspólnym głosem, ale zawsze było to pacyfikowane. Gdy walczono o przejęcie na ich potrzeby Starego Browaru, fortu B66 czy kamienicy przy Bydgoskiej 50. Problemem nie jest brak jedności środowisk, ale zgnuśnienie urzędników" - mówiła. Mówiąc o kulturotwórczej roli Draży podkreślała, że sama szuka miejsca na stworzenie niezależnego domu kultury Fundacji WinWin na Starym Mieście. Według nieoficjalnych informacji w zakresie zainteresowania  Win Win znajduje się dawny, wojskowy kinoteatr Grunwald i Stary Browar naprzeciwko Baja Pomorskiego.
Paweł Kołacz z PZR
Tomasz Cebo, szef klubu Enerde, muzyk i artysta słusznie pytał co dalej gdy "wybronimy Draże"? Bo przecież czynsze dla klubów artystycznych pozostaną takie, jakie są. To poważny problem staromiejskich klubów. Nie ma co ukrywać - większość, jeżeli stawia na kulturę, a nie dyskoteki i plastikowe panienki -  ledwo ciągnie. Cebo nie ukrywał, że znane w całym kraju  Enerde, ma finansowy ciąg ujemny.

Gdy na chwilę dyskusja wróciła do sedna, Paweł Kołacz słusznie zauważył, że zamykanie miejsc takich jak Draże przeczy światowym trendom, gdzie dbałość o tzw. przemysły kreatywne jest od kilku lat zasadą. Najkrócej mówiąc - biznes i pieniądze ciągną tam gdzie dobrze rozwinięty jest sektor kreatywny, czyli kultura i nauka. Tymczasem w Toruniu nie pomaga w tym nawet uchwalona i obecnie obowiązująca (?) strategia kultury autorstwa krakowskiej MISTiA: "Strategia kultury jest 'półkownikiem'. Gdyby była taka jak chcieliśmy (mowa o kręgach, które zgłaszały liczne poprawki do strategii, ale nie zostały one uwzględnione) nie byłoby dziś tego spotkania, bo nie byłoby sprawy zamykania Draży" - mówił Kołacz, a po chwili zawnioskował o organizację referendum odwołującego prezydenta Michała Zaleskiego.

Wnętrze Draży
Niektórzy galopowali prosto w step poddają w wątpliwość to, co jest realnym źródłem utrzymania Torunia. Nie mogę bowiem w żadnym miejscu zgodzić się z Marcinem Zalewskim z galerii nad Wisłą, że "kultywujemy w Toruniu fetysz turystyki". Zapytam retorycznie: jaki fetysz ma kultywować jedno z dwóch w kraju miast w jakich zachowała się po wojnie, w 100%, Starówka i do tego jest wpisane na światową listę zabytków UNESCO?

Spotkanie pokazało, że grupa osób niezadowolonych ze sposobu kierowania Toruniem jest duża. Jest też coraz bardziej kompetentna w swoich dziedzinach. W porównaniu ze spotkaniami sprzed 2-3 lat pada więcej konkretów, twardych danych, mniej pustych, efemerycznych deklaracji i emocji. Jednak poprowadzenie sprawy Draży w stronę barykad, "obrony" i retoryki wojennej" jest błędem i oznaką słabości. Bo chyba niestety Draże są jedynie pretekstem. "Obrona" klubu przed "Wielkim Wrogiem" (czyli właściwie kim???) ma stać się zdaniem panelistów zaczynem "większego dzieła". Podpalić stos, który zapłonie w dniu wyborów samorządowych za niecałe półtora roku. Trudno oprzeć się bowiem wrażeniu, że kilka osób obecnych na dyskusji otwierało po prostu swoją kampanię wyborczą na radnego Miasta Torunia.

Za katastrofę uznaję fakt, że żaden z obecnych radnych nie zaszczycił tego spotkania swoją obecnością. To czytelny sygnał, że trzeba się zastanowić, czy głosować na nich ponownie, bo ich rolą jest uczestniczenie w najmniejszych nawet problemach mieszkańców. Zamiast radnych zabłysnął jeden z szefów toruńskiego SLD, który przyniósł wieści od Jerzego Wenderlicha, posła z Torunia i wicemarszałka Sejmu. Wenderlich ogłosił, że zostanie mediatorem pomiędzy Drażami i Prezydentem Zaleskim. Można więc być spokojnym o zakończenie tej bitwy, bo alianse polityczne w toruńskiej Radzie Miasta każą sądzić, że sprawa Draży zostanie "wymediowana".

Jedna rzecz tylko smuci. Dla serfowania po fali popularności wiele osób woli konflikt wokół Draży, bo zapewnia większy oddźwięk medialny. A przecież jeszcze w poniedziałek ci sami ludzie wszczynać chcieli bitwę z Urzędem Marszałkowskim o utworzenie Regionalnego Funduszu Filmowego.

Ja nie wycofuje się ze sprawy RFF i KPIF i chociaż może blednie to przy barykadach w drzwiach Draży, przypomnę, że o tym jakie znaczenie ma powoływana obecnie Kujawsko-Pomorska Inicjatywa Filmowa z budżetem 5,3 miliona zlotych i jak te pieniądze pozyskać dla filmowców toruńskich oraz bydgoskich, będziemy rozmawiali w poniedziałek, 24 czerwca, o godz. 18:00 w klubie Kawalerka.

Draże będą wtedy, mam nadzieję, już po mediacjach i ze spokojną przyszłością.

"Zarysowuję" sposoby rozwiązania impasu "Braci Schiller"

czerwca 13, 2013
Kilka sugestii z moich starych rysunków na temat tego nieszczęsnego napisu Braci Schiller.

rys. Jarosław JARRY Jaworski. Podziel się nim jeśli chcesz
Rysunek powyżej. Taki jest mój wniosek na temat polskiego podejścia do patriotyzmu. Również lokalnego - gdyby było napisane "polegli w nierównej i przegranej walce pod Wizną/Bzurą/Warszawą * Bracia Schiller" (* niepotrzebne skreślić), to napis by w dwie godziny zalaminowano i zaciągnięto warty honorowe.

A tu poniżej konkretne wyjaśnienie co by zadziałało "ratunkowo" na ten napis. To działa na terenie całego kraju.
rys. Jarosław JARRY Jaworski. Podziel się nim jeśli chcesz

I na koniec konkluzja. Lepiej "wara" od napisu, bo ja nie to będzie bez literki "a"...

rys. Jarosław JARRY Jaworski. Podziel się nim jeśli chcesz


Ratujmy braci Schiller, majstrów malarskich

czerwca 08, 2013
Przestraszyłem się. Najnormalniej w świecie przeraziłem gdy wszedłem dzisiaj na ulicę Browarną tuż koło Rynku Nowomiejskiego. Dookoła festyn, radosne świętowanie "Śniadania na Trawie". Wszystko OK, ale spojrzałem na mój ukochany, towarzyszący mi już czwartą dekadę napis "Bracia  Schiller - majstrowie malarscy", z dumnie widniejącą datą założenia owegoż zakładu "1899". Czyli 114 lat. Ale przeraziłem się, bo ten zabytek naszej współczesnej kultury właśnie zniszczono.
zniszczony, 114-letni napis na Browarnej, stan na dziś - 8 czerwca 2013

Napis znajduje się na kamienicy z numerem, o ile pamiętam, "9". Przedstawia szacowny warsztat "Majstrów malarskich - Braci Schiller". Kamienica nie była najwyraźniej remontowana od jego powstania. Teraz zapewne, jak to się często dzieje, ktoś dostał 1/4 domu na własność i "odremontował" swój "pion". Przy okazji

Filmowiec żebrak. Czyli kto zeżarł Regionalny Fundusz Filmowy?

czerwca 04, 2013
Ich budżety wahają się w granicach 6 – 10 tysięcy złotych. Tymczasem ich koledzy nie zaczynają kręcenia bez minimum 40 tysięcy. Czy w Polsce młode kino robione niezależnie, poza systemem szkół filmowych i wytwórni, musi być skazane na żebracze budżety?

Od końca maja w Toruniu powstaje kolejny film krótkometrażowy Snufit” Marcela Woźniaka. W Bydgoszczy niedługo zaczynają się zdjęcia do kolejnego krótkiego metrażu Darka Landowskiego.  Ich budżety nie przekroczą 15 tysięcy złotych. Od razu podniesie się krzyk – jest kryzys, 15 tysięcy to masa pieniędzy. Być może jeżeli chodzi o zakupy w osiedlowym spożywczaku to jest „masa forsy”. Jednak gdy musisz zapłacić za wielogodzinną pracę aktorom, operatorom kamer, scenarzyście, makijażystkom, scenografowi, autorowi muzyki, montażyście, dźwiękowcowi i paru innym osobom, to okazuj się, że produkcja krótkometrażowego filmu wymaga nieco większych nakładów niż wymieniona suma.

Marcel Woźniak na planie
Ale te pieniądze się zwracają. W możliwej do dokładnego wycenienia promocji miasta, regionu i kraju w jakim film powstał. Te dane można bez problemu ocenić wymiernymi wskaźnikami promocyjnymi. Reżyser nie zjada pieniędzy przeznaczonych na produkcję. Włożenie w film np. 50 tysięcy oznacza dla danego miasta, wsi, gminy, powiatu – że właśnie tam zarobi nocujący ekipę hotelarz, restaurator przygotowujący katering, taksówkarz. W dobie gdy wszędzie brakuje pracy budżet gminy zostanie odciążony zarobkiem zarobek jaki trafi do aktorów (w lokalnych teatrach nie mają oni finansowych kokosów), ludzi zajmujących się muzyką, filmem, szeroko pojętą sztuką. W ten sposób film dofinansuje cale środowisko twórcze danego miasta, np. Torunia czy Bydgoszczy.

"Tatarak" Andrzeja Wajdy - potańcówka w latach 50. (kręcona nad brzegiem Wisły w Grudziądzu). Miasto Grudziądz odkupiło po zdjęciach od ekipy Wajdy drewniany pomost, na którym odbywały się filmowe potańcówki. Do dzisiaj służy on jako wyjątkowo atrakcyjny, bo otoczony legendą kina, rewizyt dla potańcówek plenerowych.
Przykłady? „Snufit” gdyby miał dobre dofinansowanie dałby godziwe pieniądze aktorkom z Teatru Wilama Horzycy, czy muzykom z Torunia. W tej chwili robią to z miłości do kina. Ktoś powie, że można to zawsze robić charytatywnie z samej miłości do sztuki.

Odwróćmy to. Ludzie pracujący przy niezależnym filmie wykonują PRACĘ
. Za pół-darmo. Proponuję więc – wszystkim pracującym - gdy prowadzisz sklep, firmę budowlaną, pracujesz w biurze lub urzędzie to rób to charytatywnie, z miłości do państwa i swego miasta!
Oczywiście to mocno przerysowana wizja, ale tylko karykatura rzeczywistości pokazuje, jak przygnębiająco śmieszna jest ta sytuacja. Gdy jedni za pracę wymagają pieniędzy to jest normalne, gdy inni z pracę proszę o pieniędze - budzi to zdziwienie.
Fotka ze znanej, ubiegłorocznej akcji. W efekcie przyniosła ona artystom... nic.
Sięgnijmy po fakty. Na świecie produkuje się setki krótkich metraży. Świat wie bowiem, że filmy to promocja dla kraju, regionu, miasta. Największy na świecie festiwal krótkiego filmu, francuski  Clermont-Ferrand otrzymuje rocznie 6000 zgłoszeń. Selekcjonuje z nich... 75 filmów! Tylko tyle trafia do konkursu międzynarodowego. Toruński festiwal filmowy Tofifest otrzymuje rocznie 1000 zgłoszeń  krótkometrażowych. Nasz konkurs to 20-25 tytułów.

Budżety shortów kręconych W Europie zaczynają się od kilkudziesięciu tysięcy… euro. Short o długim tytule „Me, My Parents and My 7-year Old Ex-Wife” rumuńskiej reżyserki Ioany Mischie ma zaplanowany budżet na wysokości 37.000 euro. Trwać będzie 20 minut. To 148 tys. złotych. Ukraiński short „Yin and What To Do With It” Myroslavy Khoroszun ma budżet w wysokości 197.000 euro. To 800 tys zł. Wreszcie the „Day before”, wspólny film polsko – kubański, wyreżyserowany przez wschodzącą gwiazdę kina światowego Domingę Sotomayor wspólnie ze zdobywczynią Złotego Anioła Tofifest 2011 - Katarzyną Klimkiewicz zostanie nakręcony za 35.000 euro.

Tymczasem w regionie Marcel Woźniak stworzył dobry i wysoko oceniony przez krytyków krótki metraż Caissa (28 minut) za... 6000 zł czyli 1500 euro. Za takie pieniądze
Obsługiwane przez usługę Blogger.